Gdy Bóg powoła do siebie naszych bliskich…

  

„Las, chociaż znajomy, szumi dziś inaczej.

Tęsknota powraca z coraz większą siłą.

Codzienność w ukryciu wspomnieniami płacze…

Jedno życie odchodząc – cały świat zmieniło!”

 

Ten stan ducha znają wszyscy, którzy pożegnali swoich bliskich i są w trakcie przeżywania żałoby. Jej intensywność i długość trwania bywają dla każdego inne. Czas żałoby trzeba jednak przeżyć w duchu wiary. To zadanie dla każdego chrześcijanina dotkniętego bolesną stratą i wszystkich, którzy ciężar żałoby pomagają mu udźwignąć. Nie stoi w sprzeczności z naszą wiarą początkowy bunt przeciwko temu, co się stało, żal i pretensja do Pana Boga, który zabiera ukochaną osobę. Nawet Chrystus w chwili największego cierpienia wołał z krzyża pełen rozpaczy: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27, 46).

W swych rozważaniach o krzyżu ks. T. Jaklewicz pisze: „Nasz chwilowy bunt przeciw Opatrzności to też nasza wiara. Gdy poranione dziecko krzyczy, gryzie, kopie, pod tym zachowaniem kryje się prawdziwa bezradność i wielkie wołanie o miłość i utulenie w żalu”. Bezradność i krzyk gniewu dorosłego też jest formą wołania: „Boże, zadałeś mi ciężką, bolesną stratę. Postaraj się, żebym ją przeżył i miał siły żyć dalej!” Zło zaczyna się dopiero wtedy, gdy w tej fazie żałoby tkwi się zbyt długo i zbyt głęboko. Są osoby, które skupiają się wyłącznie na sobie i w swym bólu, pielęgnują wręcz swe cierpienie i nie dostrzegają niczego poza nim. Bywa, że tak przeżywana ich żałoba krzywdzi najbliższych, którzy też dotknięci stratą, potrzebują ich uwagi i pociechy, a ich samych wpędza w depresję.

 

Z tej pierwszej fazy żałoby trzeba pomóc każdemu wyjść jak najszybciej. Nie sprzyja temu ciągłe roztrząsanie tragedii, ciągłe stawianie pytań „dlaczego”, bo nigdy nie znajdzie się na nie odpowiedzi. Tego typu ran nie warto wciąż rozdrapywać drobiazgową analizą. Lepiej przyjąć postawę: Bóg tak chciał, więc muszę się z tą traumą zmierzyć. Na początek wyrzucić z siebie złe emocje, wypłakać się, bo śmierć – choć stanowi przejście do nowego życia – porusza każdego. Ewangelia też opisuje płacz Jezusa na wieść o śmierci przyjaciela Łazarza. Żałoba jednak nie może ograniczać się tylko do samych emocji. Muszą jej towarzyszyć refleksje prowadzące do pogodzenia się z Boskimi wyrokami. Wzór takiej postawy dał sam Chrystus, który zmagając się z bólem, trwogą, poczuciem opuszczenia, odnajduje w końcu spokój i gotowość przyjęcia Bożej woli: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46). Trzeba bowiem powiedzieć „tak” temu, co nieodwracalne, choćby się to wydawało przekraczać ludzkie siły. Te siły jednak w czasie trwania żałoby można znaleźć i zewnątrz, i w sobie samym.

Ojciec Św. Jan Paweł II zauważył, że czas cierpienia, również cierpienia duszy, „w cudownym zamyśle Boga może być także nie mniej owocny”. Szukając ukojenia własnego bólu, możemy bardziej związać się z cierpiącym Jezusem, „przylgnąć do Jego Kochającego Serca”. Pamiętamy jedną z ostatnich scen pontyfikatu naszego Papieża, gdy w czasie wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej samotny, udręczony cierpieniem Ojciec Św., obejmując dłońmi krucyfiks i przytulając się do niego, w Chrystusowym krzyżu znajduje oparcie.

 Warto też otworzyć się przed ludźmi. Stara tybetańska opowieść głosi, że zbolałej matce, nie mogącej pogodzić się ze śmiercią syna, mędrzec nakazał: „Przynieś ziarnko gorczycy z domu, którego nigdy nie nawiedziła śmierć”. Dopiero ta wędrówka uświadomiła kobiecie, że inni również cierpią, ale też rozumieją jej ból, okazują wsparcie duchowe i stają się jej bliscy. Znamy to z Ewangelii, gdy umierający Chrystus powierza Swej Matce opiekę nad uczniami, a im każe widzieć w Matce Bożej swą Matkę. Znamy to także z własnych doświadczeń, gdy śmierć konsoliduje rodzinę, sąsiadów, przyjaciół, a nawet cały naród. To ważne zadanie dla każdego chrześcijanina: być z człowiekiem przeżywającym żałobę. Nie potrzeba „kazań” ani zdawkowej pociechy, lecz po prostu kochającej obecności.

Trudne chwile pozwalają też lepiej zrozumieć, co naprawdę jest w życiu najważniejsze, a chęć przewartościowania go nadaje mu dalszy sens. Łatwiej wtedy zaufać Bogu i czerpać pogodę ducha z pamięci o dobrych, szczęśliwie przeżytych chwilach.

Przed apatią i smutkiem zawsze ratuje również świadomość, że zmarły nadal nas potrzebuje. „Corpora dormiunt, vigitant animae” – wyryto w krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów na Wawelu na tablicy upamiętniającej 96 ofiar smoleńskiej katastrofy. „Ciała śpią, dusze czuwają”. Duszom oczekującym na Sąd Ostateczny potrzebna jest nasza konkretna pomoc: przede wszystkim osobiste uczestnictwo w modlitwach za zmarłych, Msza Św., ofiarowanie w intencji zmarłych Komunii Św. czy czynów pokutnych, odpusty itp. To nie tylko utrwala poczucie bliskości ze zmarłymi, ale też zapewnia spokój sumienia, że nie zostawiamy ich samych z czyśćcowym cierpieniem i spokój ducha, który kieruje myśli ku nadziei wspólnego wiecznego szczęścia w Niebie. Tak pięknie ujął to K. Wojtyła w wierszu do zmarłej Mamy:

„Nad Twoją białą mogiłą cisza jasna promienieje,

jakby coś w górę wznosiło, jakby krzepiło nadzieję”.

Aby odejście bliskich nie stało się dla nikogo ciężkim do udźwignięcia dramatem, należy zmienić nasze życie. Przede wszystkim trzeba śmierć, tę wielką Bożą tajemnicę, otoczyć wielkim szacunkiem i nie spychać jej na margines naszego życia. Z tym, co „oswojone”, łatwiej się zmierzyć. „Lepiej też unikać grzechu niż uciekać przed śmiercią”, bo i tak ta ucieczka się nam nie powiedzie! Zadbać zwłaszcza o przygotowanie do godnego odejścia bliskich, którzy poważnie chorują czy są w podeszłym wieku. Te działania wprowadzają zawsze pewien spokój i kojący ład w nasze życie. Zachować w nim trzeba także właściwe proporcje. Trudniej przeżyć śmierć kogoś, kto był „całym naszym światem”. Chrześcijanin tymczasem powinien oprzeć swe życie w pierwszym rzędzie na Chrystusie. Wtedy, choćbyśmy wszystkich już utracili, pozostanie związana z Nim nadzieja, jaką niesie żywa wiara „w świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny…” Przeżytą tragedię potrafimy wówczas zamknąć za sobą tak, jak naszą codzienną modlitwę kończymy – słowem „Amen”.

Maria Wiechowska